Westerplatte już nie walczy

Foto: Kazikova
Relacja: Filip
Przez cały tydzień gdańska pogoda nie zachęcała nas do spacerów. Generalnie nad morzem wieje i pada, a jak wychodzi słońce, to tylko po to, żeby rozpuścić śnieg zalegający na ulicach i przeobrazić je w jedno wielkie bagno. Ale nam się udało! Przechytrzyliśmy naturę i wybraliśmy się na wycieczkę, w miejsce, które powinien odwiedzić każdy prawdziwy patriota.
Westerplatte to z niemieckiego „zachodnia wyspa”, bo kiedyś to miejsce było wyspą.

Na półwysep można się dostać bez większych problemów (jedna z zalet Gdańska, to fakt, że w każde ciekawe miejsce jeździ jakiś autobus albo tramwaj), chociaż po drodze mijamy naprawdę nieciekawą okolicę (przemysłowe zagłębie wokół portu północnego), a jakość dróg mogę opisać jako bagnistą mieszankę resztek asfaltu, betonu, drobnych kamieni i błota.

Po dotarciu na miejsce, nie czułem podniosłej atmosfery jaka mogłaby towarzyszyć miejscu walki i męczeństwa polskich żołnierzy. Dziesięć metrów od zachowanego fragmentu muru i bramy dawnej, polskiej placówki, znajduje się parking, na którym kierowcy ćwiczą niebezpieczne manewry. Odwracając wzrok w drugą stronę, spostrzeżemy molocha, czyli nowo wybudowany terminal pasażerski, który świeci pustkami i zajmuje jakąś 1/3 powierzchni półwyspu.

Ale nie zatrzymujmy się, idźmy dalej, poszukajmy ruin bunkrów i umocnień, śladów po całej tej zażartej walce, którą stoczyli nasi bohaterscy dziadkowie.

Największa ruina, czyli „Nowe Koszary”. Kumulacja betonu i powyginanego zbrojenia.

Cóż, dla kogoś takiego jak ja, kto widział już w życiu kilka umocnień z różnych okresów i interesuję się historią wojskowości, był to spory zawód. Z wartowni, które były głównymi punktami oporu przez siedem dni, pozostał jedynie jeden budynek, zamieniony w muzeum i zapewne udostępniany w sezonie. Reszta, to mniej lub bardziej imponująca kupki betonowych odłamków. Spore wrażenie robią jedynie koszary, które dyskretnie wzmocniono metalowymi elementami i udostępniono zwiedzającym. Można wejść do piwnicy i stanąć w miejscu, z którego prowadzono ostrzał oraz zobaczyć jakie pole widzenia mieli skryci tam żołnierze. 

Nawet całkiem nieźle wyglądające tablice z informacjami historycznymi.

Zdawałem sobie sprawę z tego, że to miejsce może wyglądać nieco inaczej niż, na przykład, umocnienia na Helu, ale nie myślałem, że będzie aż tak źle. Nic nie świadczy o walkach jakie tam zaszły, jest to raczej miejsce pamięci i przestrogi, przed wojną i rozlewem krwi. Rodziny przychodzą tam na spacer, dzieciaki biegają pomiędzy ruinami, wchodząc to tu, to tam, nie rozumiejąc, że ta kupka gruzu, była kiedyś willą, w której 15 żołnierzy w wieku jego ojca, broniło się przez tydzień, narażając się na ostrzał i bombardowanie. Co z tego, że są zdjęcia, że można coś przeczytać?
Półwysep bardzo się zmienił. Nie znajdziemy tutaj ani jednego śladu dawnego konfliktu, który przekonałby nas o skali i zaciekłości walk. Cały teren zamieniono raczej w park, którego centralnym miejscem jest wielki kopiec, z którego widać całe miasto, i pomnik, z którego widać ten oto napis.

A za napisem co? Zabudowania terminalu…

Zeszliśmy z kopca, mając w głowach spory niedosyt. Na szczęście, gdy jechaliśmy jeszcze autobusem, nasze oczy w porę wypatrzyły coś jeszcze, coś co mogło okazać się o wiele bardziej ciekawe. No i mieliśmy rację.
Jakieś dwieście metrów, może mniej, od przystanku autobusowego, znajduję się placówka Urzędu Morskiego w Gdynii, a zaraz za nią, kompleks pruskich umocnień z drugiej połowy XIX wieku. Gdy przeszliśmy przez dziurę w płocie, naszym oczom ukazał się wspaniały widok.
Schron od razu rzucił nam się w oczy, zapraszając nas szeroko otwartymi wrotami.

Pierwsze wrażenie? Boże jak tutaj czysto, jaki tu porządek. Nikt nie pomalował sprejem ścian, nikt nie ukradł metalowych elementów, nie wyrzucał tutaj worków ze śmieciami. I najważniejsze, nikt nie zabraniał nam tutaj wejść.
Rozpoczęliśmy zwiedzanie, jak się później okazało, Mewiego Szańca, czyli zabudowań artylerii nabrzeżnej, wybudowanych przez prusaków w okolicach roku 1845.

Piękna cegła, żelazne wzmocnienie stropu i minimalnej wielkości okienka, wpuszczające do środka skąpą ilość światła. Jest klimat!

Pokemon power? Widocznie nie byliśmy tutaj pierwsi.

Natrafiliśmy także na tropy dzikiego zwierza (ku radości Kazika).

Sądząc po niektórych zabudowaniach (jak ta szopa), pozostałościach wyposażenia i sąsiedztwie, uznaliśmy, że mieścił się tutaj jakiś warsztat stolarski.

Jeden ze schronów, a w tle, baza nawigacyjna Urzędu Morskiego i stare boje.

Z wyposażenia warsztatu pozostało niewiele, dwie szafy, kilka krzeseł i jakieś drobne śmieci.

Prawdziwy (i przerażający) bunkier.

Dowód niedawnego przeznaczenia tych budynków.

A to wnętrze centralnej budowli Mewiego Szańca, czyli tzw. redity krzyżowej. Całe wnętrze robiło niesamowite wrażenie. Żałowaliśmy, że nie mamy przy sobie latarki by przyjrzeć się wszystkiemu z bliska.

Wrota, których skrawek widać na poprzednim zdjęciu. Zamknięte na kłódkę, ale to nie jest problemem. (Jest inne wejście).

Głowna brama. Za nią znajduje się teren Urzędu Morskiego. Nad wejściem widać napis  Möwenschanze i datę 1846.

Podsumowując. Wybierając się na Westerplatte, nie zapomnij odwiedzić Mewiego Szańca. To całkiem niezłe miejsce na piwo, czy girlla, a do tego ma niesamowity klimat. A co do samego półwyspu… cóż, każdy musi odwiedzić go chociaż raz i zapoznać się z tą historią. Może na mnie nie zrobiła ona takiego wrażenia, bo znam ją do bólu z książek i podręczników, ale dla kogoś innego, kto wie jedynie, że właśnie tam zaczęła się wojna, może to być pouczająca wycieczka.

I jeszcze jedna rzecz. Zamiast pakować 50 milionów w budowę infrastruktury promowej, lepiej mogli te pieniądze utopić w odnowienie dróg dojazdowych do tej między narodowej atrakcji, którą niewątpliwie jest Westerplatte. Rozumiem, że część ludzi przypływa do Gdańska promem, ale czemu właśnie tam lokować terminal, skoro cała ta gromada ludzi nie będzie miała jak wyjechać z półwyspu, bo drogi rozlecą się pod kołami tych kilku autobusów, które tam kursują?

Reklamy